nie ma nas, nie ma mnie…

Ja chyba nie potrafię kochać.

No bo jak inaczej wytłumaczyć moje zachowanie? Pragnę miłości jak chyba każdy. Ale gdy już jest blisko, gdy prawie dopuściłam kogoś do siebie, włącza się u mnie ten durny mechanizm: zaczynam czuć jakiś dziwny strach przed tym człowiekiem, który często przeradza się w jakąś agresję. Zaczynam się zachowywać tak, by zrazi tego kogoś do siebie, by mnie znienawidził, choć tak naprawdę tego nie chcę. Choć cała w środku krzyczę: “to nie tak! zostań!”. No ale kto normalny da się tak traktować? Dlaczego tak bardzo boję się bliskości drugiego człowieka i tej czułości, którą on może i chce mi dać? Dlaczego w mojej głowie pojawia się ten natrętny głos mówiący, że nie mogę nikomu ujawnić jaka jestem naprawdę, bo źle się to skończy?

Boję się słów - słowa ranią czasem tak bardzo. Boję się, że ktoś [przy ich pomocy] może podeptać moje uczucia. Gdy juz zaczynam o czymś mówić, nagle coś nie tak dzieje się ze mną, plątam się we własnych słowach i w efekcie mówię nie to, co na początku chciałam. Poza tym często wole nic nie mównic nic, niż powiedzieć i usłyszeć czyjś [nie serdeczny] śmiech. Boję sie też ich zwyczajności. To co w moim umyśle wydaje mi się właściwe staje się brutalnie zwyczajne gdy się je ubierze w słowa. Nie potrafię znaleźć słów, które mogłyby to oddać, a jak mogę obdarzyć kogoś kogo kocham czymś tak żałośnie zwyczajnym i nijakim?

Ja powinnam się leczyć. I to jak najszybciej, bo inaczej nigdy nie pozwolę nikomu się pokochać. Męczy mnie to cholernie. Co gorsza coraz częściej nie daje mi spokoju myśl, że najlepiej byłoby skończy ze sobą, że wtedy nic nie będę czuć, nic mnie nie zaboli. Przeraża mnie to, bo kiedyś wręcz z pogardą myślałam o ludziach, którzy chcieli/próbowali popełni samobójstwo, a teraz stałam się jedną z nich.

Mam dość… nie mogę się doczeka jesieni. Jesień to taka piękna pora roku, a ta najbliższa może być najwspanialszą w moim życiu. Wtedy wreszcie wyjadę stąd tam, gdzie prawdopodobnie nikt nie będzie mnie znał i będę mogła zacząć od nowa. Z tymi ludźmi i miejscami niemal nic nie będzie mnie łączyć - ktoś powiedział “nie pal za sobą mostów; nawet nie wiesz ile razy będziesz musiał przechodzi tą samą rzekę”, ale moje już dawno są spalone. Zwłaszcza ten jeden - dla mnie najważniejszy… I chyba przed tymi właśnie zgliszczami najbardziej chcę uciec, bo ich widok, myśl o tym, co mogłam mieć i co tak łatwo oddałam są najgorsze - nic nie pali tak bardzo jak To.

O ile oczywiście dożyję tego czasu…

 

Mam tylko nadzieje, że Ty jesteś szczęśliwy i że kiedyś mi wybaczysz [o ile dla Ciebie kiedykolwiek To coś znaczyło].

~ autor xyz w dniu kwiecień 3, 2008.

Napisz odpowiedź