egoistka

Cholerna egoistka ze mnie! :D Jak tak patrzę na swoje posty, to najwięcej piszę o sobie… Oj, proszę, proszę!

Dobra, spróbuję się wytłumaczyć [;P tak ,wiem, że to winny zawsze sie tłumaczy]. Trochę traktuje ten pamiętnik jak takie miejsce oczyszczenia. Przychodzę tu jak już mam dość, gdy nagromadzi sie we mnie tyle emocji, że nie daje sobie z tym rady. Może powinnam być konsekwentna i opisywać tu tez chwile piękne i przynoszące radość. Tylko że w tedy mi się nie chce, wtedy mam się z kim cieszyć. Dopiero jak jest źle i okazuje sie że nie ma obok nikogo, kto stanąłby po mojej stronie, wpadam tu.

Co nie zmienia faktu, że patrząc na te moje wpisy można odnieść wrażenie, że tylko ja sama siebie obchodzę, że przesadnie koncentruje sie na swoich przeżyciach, problemach, że je wyolbrzymiam. I że problemy innych są dla mnie tak samo ważne jak śnieg zeszłoroczny na Alasce.

Cóż… kiedyś tak było. Oczywiście nie raczyłam zauważyć, że ranię tyle osób i ignorowałam, a nawet niszczyłam, wszelkie dobre znaki [ostrzegające i nawołujące o opamiętanie się] jakie sie pojawiały na mojej drodze; czyżby urażona duma? Ale ostatnie miesiące wiele mnie nauczyły - i jest to wiedza, jaką mogę wykorzystać w różnych dziedzinach życia. No i dostrzegłam moją mamę. I to na prawdę. Przedtem Ona dla mnie po prostu istniała = gotowała, sprzątała, prała, dawała parę groszy i wkurzała mnie kazaniami. Ale dzięki tym miesiącom spojrzałam na nią inaczej - tak jak powinnam była patrzeć od początku. I teraz jest mi bardzo przykro, że tak okrutnie ja oceniałam. I teraz inaczej myślę o tym wszystkim i inaczej ją traktuję. Właściwie jestem wdzięczna Tobie, bo Ty do tego doprowadziłeś.

Tak się zastanawiam, czy w dzisiejszych czasach łatwiej niz kiedyś o egoizm. Czy współcześni ludzie bardziej myślą o sobie a mniej o bliskich niż ludzie żyjący kilkadziesiąt, kilkaset lat temu? Właściwie możemy tak sobie gdybać ile wlezie - tego i tak się nie dowiemy. Ale patrząc na współczesnych ludzi często można odnieść wrażenie, że najchętniej pozabijaliby się nawzajem dla paru groszy. Może to tylko moje widzimisię ale kiedyś kasa chyba tak sie nie liczyła, więc może i ludzie inaczej patrzyli na innych - bardziej liczył się ten drugi człowiek.

Z drugiej strony: czy można żyć bez choćby odrobiny egoizmu?

Chyba można mieć go w sobie bardzo mało. Człowiek to twarda bestia, dużo może znieść. Są ludzie którzy potrafią żyć poświęcając sie dla innych. Np. misjonarze wyjeżdżający do krajów Azji czy Afryki. Co im to daje? Nie wiem… może radość. Gdy ja robie coś dla innych jako wolontariuszka to właśnie taka niesamowita radość czuję, ale ja całkowicie się w tym nie spalam, to jest tylko część mojego życia. Poza tym rodzice - jak wiele potrafią poświęcić dla dzieci [nie wszyscy, ale jest takich wielu]. Chociaż… czy w nich nie ma ani krzty egoizmy tego tak na prawdę nie wiemy.

Poza tym bycie egoista jest łatwe, wygodne i przyjemne…? Co, może źle mówię?

Bo i też czy egoizm to takie totalne zło? Myślę że nie - odrobina egoizmu to dobra rzecz. To chyba on sprawia, że jesteśmy asertywni, że się rozwijamy. Jasne, można być “matka Teresą” [w cudzysłowie, bo taka pomoc wcale nie musi być w porządku] i niemal przezywać życie za innych. Ludzie są wolni i mogą sie całe życie płaszczyć przed innymi ale wg mnie to nie jest normalne i zdrowe. To jest nawet fałszywe, bo prawdziwa Matka Teresa miała swoją godność i na pewno nie właziła nikomu w tyłek, udając sługę uniżoną, a tak wg mnie to wygląda. Choć nie możemy tu dorzucić ludzi o bardzo niskim poczuciu wartości, którzy [już chyba w desperacji] żebrzą o odrobinę szacunku i ciepła. A że to nieodpowiednia droga, to już, niestety, inna sprawa…

Jak to jest z tym egoizmem w końcu? Gdzie jest granica między tym “dobrym” i “złym”? Na to pytanie już chyba sami musimy odpowiedzieć. Ale ja uważam, że gdziekolwiek jest ta granica, jest ona bardzo cienką linią więc tutaj musimy być bardzo czujni, żeby nie przegiąć.

smak goryczy

Właściwie moje życie dzieli się na trzy okresy. Najpierw okres spokoju. Jestem wówczas radosna, cieszą mnie drobiazgi, chwytam najdrobniejsze chwile w dłoń, czuję że mogę wszystko. I staje się coś co wytrąca mnie z tej równowagi - przychodzi okres otępienia. Zaczynam czuć się jakaś taka wypalona, zmęczona. Nic mnie nie rusza - ani kłótnie rodziców, ani smutne spojrzenia osób znajomych i nieznajomych; idę ulicą jakby świat wokół mnie nie istniał, nie zwracam uwagi na to, że właśnie tracę szanse na kolejną ciekawą znajomość. Po czym przychodzą wyrzuty sumienia, wstręt do siebie samej. Zła jestem za to co straciłam. Po tym dwustopniowym katharsis znów pojawia się okres spokoju i tak w kółko. Trwają dłużej czasem krócej, ale zawsze w tej samej kolejności. Ktoś powiedział mi że to depresja. Czy miał rację?

Czasem myślę, że jak wyjadę na studia to automatycznie otrzymam kolejną szansę. Tylko czy zdołam ją wykorzystać nim mój czas dobiegnie końca? Boję się że nie! Myślę że znów będzie tak, że nim odważę sie to zrobić znów będę musiała wyjechać i zostawić tamtych ludzi i tamto miejsce.

Chciałabym móc przeprosić. Dużo by mi to dało. W końcu pozbyłabym sie resztek nadziei i zamknęłabym ten rozdział. I mogłabym zacząć coś zupełnie nowego, bogatsza o te doświadczenia. A tak wciąż to rozpamiętuje i jestem zła na siebie. I na nie obie też… J. widzi, że ze mną coś nie tak i powtarza, że “chłopa mi trza”. Pewnie ma rację, tyle że ja wiem, że w tym stanie mogłabym potraktować go jak lekarstwo, a nie chcę. Bo na to żaden facet nie zasłużył - tej zasady trzymam się zawsze.

Smak goryczy. To nie jest sprawiedliwe - bawiła się Tobą zwyczajnie a później chciała po prostu wyrzucić, wymazać z życia -jakbyś nigdy nie istniał - jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Ale J. jej nie pozwoliła. I wściekła jestem za to, bo wtedy zobaczyłbyś jaka ona jest naprawdę. Ale to widzę chyba tylko ja i nic nie mogę zrobić. Kurwa! Pisała w opisach że kocha itp. a razem z J. nabijały się z Ciebie bez przerwy - wiem, bo widziałam to. Czasem mam niesamowitą ochotę nakopać jej za to wszystko. Nie raz chciałam wykorzystać sytuację, ale nie potrafiłam. Nie chciałam tego niszczyć nie tylko dla Ciebie ale nawet i dla niej. Choć wiele osób powiedziałoby ze jej się należy. Ale Ty nie jesteś jakąś kartą przetargową, przedmiotem bez uczuć, o który można sie bezpardonowo szarpać. Poza tym… może ona zaczęła Cię traktować poważnie, może pokochała naprawdę. Choć po tym co nie dawno usłyszałam nie jestem taka pewna. Wymyśliła sobie, że jak Ty będziesz z nią, S. z T. a J. z R. to będzie “taaaaak faajnie i wszystko zostanie w rodzinie”. Rany! No ale J. też się na to napaliła [na R. tez się zresztą napaliła]. Zresztą… może Ci się należy :/

Ale może z nią jesteś szczęśliwy. Teraz się zastanawiam czy ze mną faktycznie też byś był. Nie wiem czy byłabym w stanie dać Ci to czego pragniesz, bo tak na prawdę to chyba zależało mi na tym wyobrażeniu o Tobie niż na Tobie samym, [w końcu co ja o Tobie wiem?]. Krzywdzące to cholernie - mi samej zaczyna być przykro, że zdarza mi się tak płytko myśleć o innych. Dobra, wiem! Nie mam tu już nic do gadania - w ogóle muszę przestać o tym pisać i myśleć nawet. No ale wciąż jesteś dla mnie w jakiś sposób ważnym i naprawdę mogłeś wybrać dziewczynę, która od początku traktowałaby Cie serio i miałaby do Ciebie szacunek. Może ciężko w to uwierzyć, ale mi na prawdę jest przykro gdy widzę jaka ona jest za Twoimi plecami [pomijając to uczucie niesprawiedliwości]. Nie wiem dlaczego, nie rozumiem tego. Nie wiem dlaczego tak się tym przejmuje., ale chyba byłabym spokojniejsza gdybyś był z kimś komu na prawdę by na Tobie zależało.

Nie. Nie łudzę się że może ja byłabym tym kimś.

Inny, dziwny, nienormalny [?]

Coraz częściej mam wrazenie, że nie pasuję do tego co mnie otacza, do tych wszystkich ludzi. Czasem na filmach lub teledyskach mozesz zobaczyć głównego bohatera przechadzającego się np ulicą a w tle rozmazany obraz jakichś walk ulicznych, kłótni czy nawet spieszącego się tłumu. Tak własnie się czuję. Czy to pycha? Nie sądzę… Nie czuję się lepsza, tylko… wykluczona, wyobcowana :(  Czuję, że zbyt odstaję od tych ludzi, by uznali mnie za jedną ze swoich. Jasne, że mogłabym zacząć zachowywac sie tak jak oni, tylko po co? Nie chce stawać się jakaś na siłę, tylko dlatego, że inni tacy są, jeśli wewnetrznie się z tym nie zgadzam.

Ostatnio jednak nachodzi mnie myśl: “przestaję byc sobą”. Czuję że właśnie zmieniam się nie tak, jakbym chciała. Przykład? A bardzo proszę. Kiedys miałam straszne kompleksy na punkcie swego wyglądu. Ale w końcu zrozumiałam, że chocbym nie weim jak chciała wyglądać jak 30-letnia Monica Bellucci to i tak jestem jaka jestem. Stwierdziłam że w głowie mam na tyle dobrze, żeby dac sobie w zyciu radę. I dałam sobie spokój - i faktycznie moje samopoczucie się poprawiło. Ale teraz… zaczynam mysleć ze coś ze mna nie tak. Niemal wszystkie dziewczyny z mojego otoczenia notorycznie wyszukują sobie “cechy” które je szpecą. Nie mogę tego zrozumieć, już nawet nie chce mi się z nimi gadać. Ale od pewnego czasu łapię się na tym, że coraz częściej staję przed lustrem i takich “cech” w sobie szukam. Cholera! już raz coś takiego przypłaciłam stanem bliskim anoreksji [a może to właśnie była ona - wiem że nie wyglądam, ale wiem co mi sie po głowie tłucze]. Czuje jednak że to ja mam problem - bo czy możliwe, żeby tyle osób na raz miało taki sam problem? Czasem mam wrażenie że moje o sobie mniemanie jest za wysokie :/

 

Ale czy to tylko “wychodzi mi na złe”? Myslę, że nie… Zaczęłam się bowiem zastanawiać jaka ja naprawdę jestem. Albo jaka powinnam być ["powinnam" w sensie: żeby żyć w zgodzie ze swymi przekonaniami]. Pytam siebie gdzie jest to moje miejsce, do jakiej grupy należę i jaką zajmuję w niej pozycję. Która z tych wszystkich “mnie” jest “tą właściwą” [bo w końcu tak różnie potrafię się zachowywać zaleznie od okoliczności]. Odpowiedzi brak - i to mnie przeraża. Bo pojawia się coś, czego nie znam, taka czarna plama na charakterystyce swojej osoby. I zaczynam czuć taki dyskomfort psychiczny, bo lubię mieć siebie pod kontrolą a w takiej sytuacji nie jestem pewna co we mnie siedzi.

No proszę! A kiedyś uważałam, że takie rozmyślania to sport dla tych co mają za dużo wolnego czasu. Ale dobrze mi z tym - bo przyjemne sa takie rozważania. Jeszcze przyjemniejsza byłaby rozmowa na taki temat, no ale ja takie okazje “przepusciłam” niestety bo bałam się, że będzie tak jak kiedyś.

Ostatnio naszło mnie głupie pytanie: “czy ja w ogóle jestem, jeśli nie moge określić jaka jestem?”. Debilne doprawdy… pomyslałam że ze mną jest naprawdę źle.  Ale jakby spojrzeć na to z innej strony - do niedawna moje życie było raczej wegetacją, taka słodką ułudą w jakiej żyje wiele nastolatek. Owszem niektórym to odpowiada ale mi nie. Interesuje mnie głębokie i intensywne przeżywanie czasu jaki został mi dany. Kiedyś [uznana za dziwaka] tak bardzo chciałam żeby inni mnie zaakceptowali że przyjęłam reguły, które wcale mi nie odpowiadały. Teraz znów ciężko mi być tak szczerze spontaniczną. Gdy tylko zauważę ze ktos mnie obserwuje zaczynam czuc lęk [chyba przed tym ze pozna jaka jestem naprawde]. I natychmiast staje się sztuczna: zbyt radosna, zbyt głośna i w ogóle cała “zbyt”. A nie jest mi z tym dobrze bo zachowuje się nie tak jakbym chciała.  Gdyby wtedy pojawił się ktoś, kto wytłumaczyłby mi że “inny” nie znaczy “gorszy” i odpowiednio pokierowałby mną, teraz byłoby inaczej. No i żałuję tamtych straconych lat.

nie ma nas, nie ma mnie…

Ja chyba nie potrafię kochać.

No bo jak inaczej wytłumaczyć moje zachowanie? Pragnę miłości jak chyba każdy. Ale gdy już jest blisko, gdy prawie dopuściłam kogoś do siebie, włącza się u mnie ten durny mechanizm: zaczynam czuć jakiś dziwny strach przed tym człowiekiem, który często przeradza się w jakąś agresję. Zaczynam się zachowywać tak, by zrazi tego kogoś do siebie, by mnie znienawidził, choć tak naprawdę tego nie chcę. Choć cała w środku krzyczę: “to nie tak! zostań!”. No ale kto normalny da się tak traktować? Dlaczego tak bardzo boję się bliskości drugiego człowieka i tej czułości, którą on może i chce mi dać? Dlaczego w mojej głowie pojawia się ten natrętny głos mówiący, że nie mogę nikomu ujawnić jaka jestem naprawdę, bo źle się to skończy?

Boję się słów - słowa ranią czasem tak bardzo. Boję się, że ktoś [przy ich pomocy] może podeptać moje uczucia. Gdy juz zaczynam o czymś mówić, nagle coś nie tak dzieje się ze mną, plątam się we własnych słowach i w efekcie mówię nie to, co na początku chciałam. Poza tym często wole nic nie mównic nic, niż powiedzieć i usłyszeć czyjś [nie serdeczny] śmiech. Boję sie też ich zwyczajności. To co w moim umyśle wydaje mi się właściwe staje się brutalnie zwyczajne gdy się je ubierze w słowa. Nie potrafię znaleźć słów, które mogłyby to oddać, a jak mogę obdarzyć kogoś kogo kocham czymś tak żałośnie zwyczajnym i nijakim?

Ja powinnam się leczyć. I to jak najszybciej, bo inaczej nigdy nie pozwolę nikomu się pokochać. Męczy mnie to cholernie. Co gorsza coraz częściej nie daje mi spokoju myśl, że najlepiej byłoby skończy ze sobą, że wtedy nic nie będę czuć, nic mnie nie zaboli. Przeraża mnie to, bo kiedyś wręcz z pogardą myślałam o ludziach, którzy chcieli/próbowali popełni samobójstwo, a teraz stałam się jedną z nich.

Mam dość… nie mogę się doczeka jesieni. Jesień to taka piękna pora roku, a ta najbliższa może być najwspanialszą w moim życiu. Wtedy wreszcie wyjadę stąd tam, gdzie prawdopodobnie nikt nie będzie mnie znał i będę mogła zacząć od nowa. Z tymi ludźmi i miejscami niemal nic nie będzie mnie łączyć - ktoś powiedział “nie pal za sobą mostów; nawet nie wiesz ile razy będziesz musiał przechodzi tą samą rzekę”, ale moje już dawno są spalone. Zwłaszcza ten jeden - dla mnie najważniejszy… I chyba przed tymi właśnie zgliszczami najbardziej chcę uciec, bo ich widok, myśl o tym, co mogłam mieć i co tak łatwo oddałam są najgorsze - nic nie pali tak bardzo jak To.

O ile oczywiście dożyję tego czasu…

 

Mam tylko nadzieje, że Ty jesteś szczęśliwy i że kiedyś mi wybaczysz [o ile dla Ciebie kiedykolwiek To coś znaczyło].

SMAP

No tak… Miałam sie zebrać wcześniej ale jak zwykle było inne zajęcie. Taaa taaa wymówkę zawsze można sobie znaleźć. Ale już nadrabiam:

byłam na SMAPie.  Ha! a jednak

Jak było? Pod względem organizacyjno-ogólnym w porządku - bardzo ciekawie wygląda to spotkanie i już wiem że chcę w przyszłym roku pojechać. Pod względem organizacyjnym ale mojej parafii - masakra!!! I już wiem że więcej z nimi nie jadę. I z moją siostrą raczej też nie - za dużo nerwów to mi zżera…

Dobra, wiem że nie powinnam narzekać, bo jednak udało mi się pojechać, a już myślałam że nic z tego nie będzie. A cholernie potrzebowałam takiego chwilowego oderwania od tej tutaj codzienności. Ale i tak wściekałam się na tą naszą organizację [a raczej jej totalny brak] i nie przeżyłam tego tak jak chciałam i jeszcze niewinnym [no prawie] osobom sie dostało.

Właściwie jadąc tam na cud boski się nie nastawiałam [aż tak to nie]. Miałam po prostu nadzieje że fajnie spędzę czas, nabiorę dystansu do otaczających mnie spraw i może poznam nowych ludzi. Ale ostatniego dnia jednak coś we mnie drgnęło. Poczułam coś co już dawno stało mi się obce. I napełniła mnie jakaś taka radość pomieszana z niezwykłym spokojem. Strasznie później żałowałam, że to stało się dopiero pod sam koniec spotkania, że wcześniej tak bardzo przejmowałam sie drobiazgami, które, na dobrą sprawę, mogłam olać.

Właściwie to wszystko dzięki Diakonii. Pisałam już jak bardzo działa na mnie muzyka, zwłaszcza klasyczna? No to teraz napiszę - oddziałuje na mnie niezwykle silnie [taa ale sie spisałam :P]. Nie wiem czemu, ale ona [w niektórych swych odsłonach] może mieć nade mną niemal całkowita władzę. No i właśnie mogę powiedzieć że Diakonia była taka jakby namiastką jednej z takich kompozycji [na razie nie istotne której] i chyba dlatego wsłuchałam się w melodię i słowa i wtedy TO się stało.

No dobra, ale ja nie chcę żyć nieustannie w takiej euforii pod tytułem “Poczułam TO W Końcu”, nie! Chcę żeby ten stan trwał i pogłębiał się, a to nie łatwe. Bo przecież łatwo zachowywać się tak na takich spotkaniach, ale już inna z tym sprawa, gdy sie wraca do domu, do codzienności i do różnych trosk.

Nie wiem jak to będzie… mam tylko nadzieję że teraz wiele spraw zakończy się pomyślnie, albo po prostu wreszcie sie zakończy. Zobaczymy…